Rajd Polska-Gibraltar 1930 – zanim wyruszymy
Rajd Polska-Gibraltar 1930 | Najpewniejszym środkiem transportu okresu międzywojennego był pociąg. W dalszą podróż samochodem wybierali się wyłącznie śmiałkowie. Automobilista musiał być świetnym inżynierem, opanować koordynację „ręka-głowa”. Drogi różniły się między poszczególnymi państwami, ale ogólnie mówiąc – dobrze nie było. Po szczegóły odsyłam do poprzedniego odcinka. Tymczasem na poboczach czaiły się szajki przestępcze, czyhające na szybki zarobek. Automobilistą był nie byle kto, najczęściej ekscentryczny bogacz, a takiego skroić łatwo.
Poza stereotypowymi właścicielami samochodów przed wojną – arystokracją oraz gwiazdami – na terenie II RP żyło i działało wielu pasjonatów. Zupełnie jak dziś majsterkowali w garażach rozrzuconych po terenie całego kraju. Szczególnie duża populacja zasiedlała uniwersytety techniczne. Tam studiowali mechaniczne aspekty stawiającej coraz pewniejsze kroki motoryzacji. Trzech żaków z Politechniki Lwowskiej postanowiło uczcić koniec roku akademickiego i pozytywnie zdane egzaminy. 6 czerwca 1930 roku Janisław Kamieński, Janusz Walczak i Lesław Socha wyjechali w podróż życia. Chcieli dotrzeć na kraniec Europy. Tablica, którą ze sobą wieźli, wskazywała jasno: „Pologne-Gibraltar”. Cel? Pokonać bagatela 12 tys. kilometrów. Studenci nie wybrali najkrótszej ani najłatwiejszej drogi. Chcieli poznawać kulturę samochodową na Starym Kontynencie, więc odwiedzili wszystkie możliwe państwa: Czechosłowację, Niemcy, Holandię, Belgię, Francję i Hiszpanię, a w drodze powrotnej jeszcze Włochy, Szwajcarię, Austrię oraz Węgry. Ich wspomnienia przenoszą nas w czasie o równe 90 lat.

Na pamiątkę przygody panowie zbierali emblematy automobilklubów z całej Europy
Wehikuł czasu
Fiat 509, którym wyruszyli w trasę, był jednym z około 90 tys. sztuk wyprodukowanych we włoskiej manufakturze. Ze względu na swoją wygodę i stosunkowo tanią eksploatację model ten wykorzystywano na ulicach zachodnich miast jako taksówkę. Auto wyposażone było w 0,9 litrowy, 4-cylindrowy silnik, który rozwijał moc 22 koni mechanicznych. Fiat 509 został zdefiniowany przez sytuację gospodarczą połowy lat 20. XX wieku – maksymalnie uproszczony i zracjonalizowany pod względem wyposażenia. W przeciwieństwie do większości automobili z epoki, dźwignię hamulców zamontowano wewnątrz. Warto wspomnieć, że to jedno z pierwszych aut sprzedawanych w nowym systemie finansowania – na raty. Wszystkie te czynniki otworzyły drzwi do sukcesu tego modelu. Może właśnie dlatego Fiat 509 znalazł się na ziemiach polskich i wpadł w ręce trzech studentów Politechniki Lwowskiej.

Rajd Polska-Gibraltar 1930
Pieniądze z pewnością były ważnym czynnikiem przy planowaniu wyprawy. Niejako sponsorem całego wyjazdu został Shell, który zaopatrywał studentów bezpłatnie w benzynę. Poszczególne miasta natomiast pozwalały im zupełnie za darmo korzystać z garaży, wszystkie z wyjątkiem Krakowa. Jak relacjonowali po powrocie do kraju, nie wydali za dużo pieniędzy. Unikali drogich hoteli, bo głównie wybierali nocleg pod namiotem. Podobnie było z jedzeniem: głównym elementem diety stały się konserwy. Po przygotowaniu wyposażenia samochodu (mapy, narzędzia, pożywienie), można było ruszyć w drogę. Do pokonania było ponad 12 tys. kilometrów.
Wyjazd z kraju via Kraków, mimo bardzo słabego stanu polskich dróg, był najłatwiejszą częścią wyprawy. Już na granicy czechosłowackiej studentów poddano drobiazgowej rewizji. Celnicy nakazali opłacenie cła za wiezione zapasy żywności, a także… skonfiskowali polskojęzyczną gazetę.
Z Czechosłowacji studenci udali się prosto do Berlina, gdzie przyjęto ich nadzwyczaj ciepło. Dalej Holandia, Belgia i Francja. „Vive la Pologne!” dało się usłyszeć we wsiach i miasteczkach. W Nicei na J. Kamieńskiego oczekiwać miał przekaz pieniężny prosto ze Lwowa, tyle że na poczcie o niczym nie wiedziano. Przez trzy tygodnie podróżników odsyłano od okienka do okienka, przez co wyczerpały się w końcu wszystkie fundusze. Panowie udali się więc do Marsylii, gdzie urzędował polski konsul. Poprosili o pożyczkę, którą zwróciliby tuż po powrocie do kraju. Nic z tego. Studenci otrzymali jedynie zapomogę w wysokości pięciu franków (około 10 współczesnych złotych) oraz kartki na nocleg. Tymczasem nadal nie mieli za co zatankować, by dojechać na Gibraltar lub chociaż powrócić do kraju. Przy kolejnej z rzędu wizycie na nicejskiej poczcie urzędnicy postanowili przyjrzeć się bliżej całej sprawie. Przekaz został nadany na nazwisko „Wielmożny pan Janisław Kamieński”, czego Francuzi nie zrozumieli. Wszystko się wyjaśniło i można było wracać na trasę. Do pokonania została jedynie gorąca Hiszpania, gdzie temperatury nieraz przekraczały nawet 50 stopni Celsjusza! Maszyna jednak wytrzymała te trudy.
Upragnione ciepłe przyjęcie spotkało podróżników na Gibraltarze. Mieszkańcy biesiadowali ze studentami, świętując osiągnięcie celu i zarazem półmetek wyprawy. Po krótkim odpoczynku przyszedł czas zbierać się do domu.
Z Czechosłowacji studenci udali się prosto do Berlina, gdzie przyjęto ich nadzwyczaj ciepło. Dalej Holandia, Belgia i Francja. „Vive la Pologne!” dało się usłyszeć we wsiach i miasteczkach.
Droga na wschód
Nagła zmiana klimatu na szwajcarski nie złamała podróżników. Po pokonaniu przełęczy o wysokości nawet dwóch tys. metrów przekroczyli granicę z Włochami. Kamieńskiego, Sochę i Walczaka najbardziej rozczarowało chłodne przyjęcie. Studenci może nie spodziewali się wina, kobiet i śpiewu, ale to, co ich spotkało, wywołało wielkie oburzenie. W drodze powrotnej do Polski zajechali do Turynu, skąd dawniej wyjechał ich Fiat 509. Nie dość, że nie pozwolono przyszłym magistrom inżynierom zobaczyć fabryki, to jeszcze poszczuto ich psami! Włosi uznali, że wyprawa ta robi reklamę polskiemu oddziałowi Fiata, a nie centrali. Nie chcieli więc rozmawiać z przybyszami.
Nasi trzej bohaterowie szczęśliwie wrócili do Lwowa w ostatnim tygodniu sierpnia 1930 roku. Z autem ozdobionym dwudziestoma siedmioma odznakami automobilklubów robili nie lada wrażenie. Pierwsze kroki skierowali do redakcji „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. Dzięki relacji opublikowanej w gazecie byliśmy w stanie odtworzyć ich wyprawę. Planowali kolejną – tym razem dookoła świata. Wszystko jednak wskazuje na to, że w tym miejscu urwały się ich bliższe stosunki. Losy panów po zakończeniu rajdu Polska-Gibraltar 1930 potoczyły się w trzech różnych kierunkach.

Rajd Polska-Gibraltar 1930 – Epilog
Janisław Kamieński był rodowitym lwowiakiem. Urodził się w 1906 roku. Wychowany w rodzinie patriotów, wziął udział w obronie Lwowa. Po zdanej maturze wstąpił na Politechnikę Lwowską. Poślubił Zofię z domu Gumińską i wyjechał z nią do Warszawy.
Ten, o którym wiemy najmniej, to Lesław Socha. Urodzony prawdopodobnie także w 1906 roku, w trakcie studiów był członkiem korporacji Leopoldia. Przed 1933 rokiem pracował w Mechanicznej Stacji Doświadczalnej przy Politechnice Lwowskiej jako asystent. Zajmował się także konstrukcjami lotniczymi, w związku z czym otrzymał stypendium we Francji w 1939 roku. Nie wiemy, czy po wybuchu wojny wrócił do Polski. Mamy jednak pewność, że później na stałe osiadł w Stanach Zjednoczonych.
Janusz Walczak jako jedynym z tego trio pozostał w Polsce po II wojnie światowej. Po maturze w 1924 r. rozpoczął studia na Wydziale Mechanicznym PL. Tuż po uzyskaniu tytułu magistra inżyniera (1932) został na uczelni, podobnie jak kolega Lesław Socha, pracując w Mechanicznej Stacji Doświadczalnej Politechniki Lwowskiej. Do 1935 roku pełnił funkcję jej kierownika, a następnie przeniósł się do Huty Baildon, gdzie w 1939 r. był referentem naukowym zakładu badawczego. Okupację spędził na Podhalu, podejmując się różnorakich zajęć. Janusz Walczak pracował jako dozorca, cieśla, a także jako urzędnik. Tuż po wojnie był jednym z organizatorów Politechniki Krakowskiej. Od 1945 roku zajmował stanowiska, kolejno: adiunkta, zastępcy profesora oraz profesora nadzwyczajnego. Pełnił także funkcje dziekana Wydziału Mechanicznego PK oraz prorektora uczelni. Był członkiem założycielem Polskiego Towarzystwa Mechaniki Teoretycznej i Stosowanej oraz przewodniczył jego krakowskiemu oddziałowi. W pracy badawczej zajmował się wytrzymałością materiałów. Zmarł 7 marca 1986 roku. Wielki miłośnik samochodów swoją wiedzę przekazał setkom studentów, próbując rozpalić w nich podobną pasję.
Artykuł powstał na podstawie przedwojennych doniesień publikowanych na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” wydawanego na terenie Galicji oraz dzięki ogromnej pomocy ze strony Politechniki Krakowskiej, a szczególnie kustosz Muzeum PK, Pani Lilianny Lewandowskiej.

Pełną wersję artykułu znajdziesz w papierowym wydaniu #7 Magazynu Motór z Adamem Małyszem na okładce. Wydanie kupisz pojedynczo, w Kolekcji Magazynu Motór oraz w EKO Kolekcji.
Pamietaj, Magazyn Motór to świetny pomysł na prezent dla chłopaka, prezent dla mężczyzny czy prezent dla taty. Sprawisz nim prawdziwą radość kupując jako prezent motoryzacyjny, prezent dla męża, czy prezent dla faceta, który ma wszystko. Słowem: jest to motoryzacyjny prezent na każdą okazję – począwszy od prezentu na świeta, czy prezentu na 50 lub 60 urodziny, na prezentach na rocznicę ślubu kończąc. Możesz też kupić jako pomysł na prezent bez okazji.
POPRZEDNI
NASTĘPNY
