Adam Małysz samochody uwielbia, ale zanim o nich… Jak nie dać się zabetonować? Zwłaszcza, kiedy jest się żywym pomnikiem?
Nie ukrywam, że jest to trudne. Przede wszystkim dlatego, że nie mogę teraz aktywnie uprawiać sportu. Przez 27 lat skakałem na nartach, następnie przez 5-6 lat jeździłem w rajdach. Nic nie trwa wiecznie, ale dzisiaj realizuję się w innej roli.
No właśnie – skoki narciarskie i rajdy terenowe wydają się być skrajnie różnymi dyscyplinami. Jak wyglądał moment przejścia z jednej do drugiej?
Motorsport był dla mnie bardzo trudny, zwłaszcza na początku. Musiałem zupełnie inaczej przygotować własne ciało, przejść przez zupełnie inny rodzaj treningu, wzmacniający zupełnie inne partie mięśni. Oczywiście musiałem też skupić się na sferze mentalnej i organizacyjnej. Te dwa sporty rządzą się zupełnie innymi prawami. Mimo, że uwielbiam motoryzację, to nie przypuszczałem, że jazda w rajdach wiąże się z tak potwornymi pieniędzmi. Wyniki w skokach wynikają głównie z talentu i przygotowania. Jako sportowiec zawsze chcesz walczyć o najwyższe lokaty, co w rajdach jest uzależnione w dużej mierze od sprzętu. Ten jest niesamowicie drogi, nieporównywalnie ze sprzętem skoczka. To zupełnie inne światy, więc zmiana była trudna.
Skoki czy rajdy – który sport daje więcej adrenaliny?
Rajdy, zdecydowanie. W skokach adrenalina pojawia się dopiero na belce. Gdy jesteś w powietrzu, jej poziom spada, więc ten zastrzyk trwa jedynie kilka sekund. W motorsporcie poziom adrenaliny utrzymuje się przez wiele godzin. Było to dla mnie wyzwanie, zwłaszcza podczas odcinków maratońskich na Dakarze. Pojawiały się oczywiście słabsze momenty, a kiedy spada koncentracja, zaczynasz popełniać błędy. To była dla mnie ogromna zmiana i nauka, która bardzo mi się przydała.

Dlaczego skoczkowie tak chętnie wybierają motorsport, po zakończeniu kariery narciarskiej?
Nie wiem, ale coś faktycznie jest na rzeczy. Janne Ahonen ścigał się dragsterami, Sven Hannawald jeździł w pucharze Golf Cup, Thomas Morgernstern również przesiadł się za kółko. Ciekawym przykładem jest Anders Jacobsen, który został w zeszłym roku dyrektorem Norweskiej Federacji Sportów Motorowych. Dlaczego tak się dzieje? Może z powodu tak wielu różnic między narciarstwem, a motorsportem, może wynika to z chęci spróbowania zupełnie innego sportu? Zawodowi sportowcy zmieniając dyscyplinę mają świadomość, że będzie ciężko, ale nie zniechęcają się tak szybko. A przechodząc do motorsportu musisz być przygotowany na problemy, bo te pojawiają się zawsze. Ja wprawdzie nie miałem długiej kariery, ale osiem razy dachowałem, raz przy 178 km/h przez przód. Na samym początku były takie momenty, gdy zaczynałem wątpić w to, czy sobie poradzę. Na szczęście mogłem liczyć na wsparcie pilota i innych osób z otoczenia. W moim przypadku sytuacja była nieco inna niż większości stawki. Przeszedłem do tego sportu w dorosłym wieku, podczas gdy większość rywali ścigała się od urodzenia. Oni też na samym początku też mają dużo różnych przygód. Na tym to polega prawdziwy sport – aby się nie zniechęcać. Ci którzy się nie zniechęcają i mają trochę talentu, stają się mistrzami.
Mówi Pan o problemach, ciemnej stronie. Są jakieś cechy, których skoczek nabiera przez całą karierę, a potem przydają się za kółkiem?
W obu tych dyscyplinach ogromne znaczenie ma koncentracja i adrenalina, nawet pomimo różnic w intensywności. Jeśli uprawiasz sport ekstremalny, to później łatwiej jest się zaaklimatyzować. Pozostaje nabrać „tylko” umiejętności i doświadczenia. To drugie jak zwykle jest kluczowe, co najlepiej obrazowali na Dakarze tacy kierowcy jak Loeb czy al-Atijja, wielokrotni mistrzowie WRC i Cross Country, którym brakowało tylko obeznania terenu. Francuz nie radził sobie na wydmach, ale jak przychodziły odcinki płaskie, szutrowe, to nie było na niego mocnych. Pamiętam jak podczas rajdu w Egipcie jechaliśmy z Xavierem Panserim szutrową drogą i usłyszeliśmy nadjeżdżające auto z tyłu, choć nikogo nie było widać. Patrzymy w bok, a tam pędzi Loeb po takich dużych kamulcach. Zawieszenie jego buggy pracowało w pełnym zakresie, a ten szedł jak dzik! Pomyślałem, ciekawe co będzie na wydmach, które miały zacząć się za 10 kilometrów. Na szczycie pierwszej z nich leżał fragment jego samochodu, a Sebastien wywinął chyba z 15 kozłów. Jakimś cudem jego zespół poskładał auto, dzięki czemu dojechał do mety. To właśnie pokazuje, że nawet tak doświadczeni i utalentowani zawodnicy z bliźniaczych dyscyplin i z nieograniczonymi budżetami muszą mieć trochę pokory. Nie da się od razu być mistrzem wszędzie, choć teoretycznie 9-krotny mistrz WRC miał wszystko, by wygrać Dakar.
A jak życie tutaj, w górach i wychowywanie się na tych wąskich, krętych dróżkach, wpływało potem na Pańską jazdę w terenie?
Byłem dosyć dziwnym zawodnikiem… Nawet jestem, bo nigdy nie zrezygnowałem z rajdów. Po prostu w tym momencie nie mam szansy, żeby startować. Dziwnym, bo nigdy nie bałem się wydm, w przeciwieństwie do większości kierowców. Przed odcinkiem, na którym było 350 km piaszczystych gór, wszyscy trzęśli się ze strachu, a ja byłem spokojny, bo właśnie wtedy wykręcaliśmy najlepsze wyniki. Może brało się to faktu, że wychowałem się w górach. Najlepsi byli ci, którzy wychowali się na górach piachu. Kiedy większość stawki pokonywała wydmy, przerzucając auto przez bok, czyli skręcając w lewo lub w prawo na jego szczycie, tacy kierowcy jak Al-Attijja czy Al-Rajhi skakali na wprost jak na skoczni.
Adam Małysz samochody | Wywiad
Skoro mówimy już o miejscu urodzenia – jak wspomina Pan swoje początki z motoryzacją tutaj, w Wiśle?
Bardzo dobrze. Zawsze interesowałem się sportem i motoryzacją. Moim pierwszym samochodem był Maluch. Na początku musiałem go odbudować, bo był do tego stopnia zgniły, że amortyzatory wyszły na podszybie. Udało się doprowadzić go do dobrego stanu dzięki pomocy szwagra, który jest blacharzem. W 1996 roku, wymieniłem go na rozbitego Golfa III, którego też naprawiałem ze szwagrem.
Adam Małysz samochody uwielbia, zwłaszcza klasyczne. Beczka, cygaro, rekin – to tylko niektóre ksywki popularnych samochodów. Mi zawsze bardzo podobało się określenie „Małyszówka”.
(śmiech) Przez długi czas nie wiedziałem, że tak nazywane jest Audi A4 B6, które wygrałem podczas Turnieju Czterech Skoczni. Dopiero kuzyn mi o tym powiedział, weszliśmy na stronę z ogłoszeniami i tam faktycznie były ogłoszenia: „Sprzedam Małyszówkę”.
Krąży wiele legend na temat tej wygranej. Czy to prawda, że egzemplarz, do którego Pan wsiadł po ceremonii wręczenia nagród, nie posiadał silnika?
To prawda. Oczywiście nie wiedziałem o tym, bo samochód był transportowany ze skoczni na skocznię helikopterem. Auto zawsze stało na wysokim podeście i wyglądało zupełnie normalnie. Miało pełną elektronikę, więc kiedy do niego wsiadłem i przekręciłem kluczyk, to wszystko się zaświeciło. Nikt nie wiedział o braku silnika. Był to oczywiście pojazd demonstracyjny, moja nagroda miała już wszystkie podzespoły, ale pojawił się inny problem. Sprowadzenie go do Polski wiązało się z ogromnym wydatkiem, ze względu na konieczność opłacenia cła i innych podatków, które wynosiły połowę wartości auta. Na szczęście miałem dobre kontakty z Edwardem Pilchem, który prowadził salon Audi w Polsce. Zasugerował, żebyśmy sprzedali A4 w Austrii, a on załatwił nam w Polsce taki sam egzemplarz w dobrej cenie.
Jest jeszcze jedna historia związana z tym samochodem. To na Turnieju Czterech Skoczni po raz pierwszy pokazałem swoją najwyższą formę. Przed wyjazdem żona powiedziała mi: „Jak już wygrasz samochód, to mi go oddasz.”. Zgodziłem się, bo nie przypuszczałem, że tak może się stać. Po powrocie trzeba było oddać Audi żonie. (śmiech)

Zdarzały się poślizgi, kilka razy ustawiło nas bokiem. Bywało też, że hamulce na nic się zdawały. Sam bardzo często prowadziłem – uwielbiałem jeździć w trasach i zostało mi to do dzisiaj. Wszyscy spali podczas jazdy, a ja nie mogłem, więc prosiłem trenera, żeby mi oddał kierownicę.
Niespodziewanie wygrany TCS, pierwsza Kryształowa Kula, małyszomania w całej Polsce. Czy był taki moment, kiedy Adamowi Małyszowi uderzyła woda sodowa? Sex, drugs and rock&roll cytując klasyka?
Nie, nic takiego nie było. Kiedy zaczęły się moje poważne sukcesy w 2000 roku, miałem już rodzinę – żonę i córkę. Gdyby ten boom wydarzył się w sezonie 1996/97, jak wygrałem pierwsze zawodu Pucharu Świata, to być może mógłbym to bardziej celebrować – byłem jeszcze młody, głupi, chętnie chodziłem na dyskoteki. Jednak zawsze byłem świadomy swojej osoby i tego, co robię. Wiedziałem, że jestem zawodowym sportowcem, dlatego nawet gdy jechałem na zabawę, to zawsze w roli kierowcy. Koledzy mieli ze mną dobrze, bo mogli się napić, a ja ich potem rozwoziłem do domów.
Słyszałem, że jest pan jedną z osób, które szybciej zużywają opony zimowe niż letnie.
Coś w tym jest. Zdarzało się, że w jednym roku robiłem samochodem 120 tysięcy kilometrów. W zeszłym sezonie „tylko” 85 tysięcy, ale za to jednym samochodem. Dojeżdżam autem na wszystkie zawody w Europie, latam tylko do Skandynawii i Azji. Lubię być niezależny, poza tym zawsze wożę dużo sprzętu. Stąd najczęściej mam duże i wygodne modele jak Mercedesy GLE czy GLS, które bez problemu pakuję po sam dach.
Obecnie dojazd na zawody to nie problem – są autostrady i wygodne samochody, a jak to wyglądało kiedyś? Jak podróżowała polska kadra skoczków w latach 90-tych?
Było zupełnie inaczej. W 1996 roku dostaliśmy od austriackiej firmy VW T3 z napędem Syncro. Jak wiał wiatr, to wydawało się, że zaraz będziemy leżeć na boku. Mieliśmy na dachu tzw. trumnę ze sprzętem, która działała jak żagiel, przez co wielokrotnie w zakrętach jechaliśmy na dwóch kołach. Ukradli nam tego Transportera podczas zgrupowania w Zakopanem. Ostatnią osobą, która go widziała był Łukasz Kruczek, który wracając z krakowskiego AWF-u minął się ze złodziejami. Pozdrowił ich nawet, bo myślał, że autem jedzie ktoś z kadry. (śmiech)

Później mieliśmy Forda Escorta z silnikiem diesla – to był straszny wół. Prawie nie jechał, ale był bardzo wytrzymały. Zepsuł się tylko raz w Czechach, jechaliśmy w nocy i nagle wszystko zgasło. Ówczesny trener kadry, Pavel Mikeska, poszedł do najbliższego miasteczka i przyprowadził pijanego mechanika z karczmy. Ten popatrzył na samochód, zakasał rękaw i włożył rękę pod maskę. Wyciągnął zerwany pasek klinowy, dał go Mikesce i poszedł sobie. (śmiech)
Za trenera Tajnera mieliśmy dwa Passaty, też od austriackiej firmy, a potem były dwa Grand Voyagery. To już był luksus. Wcześniej pakowaliśmy się w 10 osób do dwóch Escortów albo Passatów z całym bagażem i nartami. Wyobraź sobie, jak ten samochód wyglądał – koła ocierały o nadkola. I tak jeździliśmy zimą po Europie.
Przeładowany samochód i ośnieżone drogi – nie jest to najlepsze połączenie.
Zdarzały się poślizgi, kilka razy ustawiło nas bokiem. Bywało też, że hamulce na nic się zdawały. Sam bardzo często prowadziłem – uwielbiałem jeździć w trasach i zostało mi to do dzisiaj. Wszyscy spali podczas jazdy, a ja nie mogłem, więc prosiłem trenera, żeby mi oddał kierownicę.
Jeśli chodzi o groźne sytuacje, to w 1998 roku mieliśmy wypadek busem na czeskiej autostradzie. Była straszna mgła, nagle zobaczyliśmy przed nami stojący samochód. Trener nie miał szans wyhamować, uderzyliśmy w to auto i zjechaliśmy na bok. Byliśmy wtedy w drodze na Igrzyska Olimpijskie w Nagano, jechaliśmy na lotnisko do Pragi. Przez ten wypadek prawie nie zdążyliśmy na lot. Czekaliśmy na policję, w pewnym momencie zobaczyliśmy, że ktoś jedzie drugim pasem, pod prąd. Okazało się, że to Mikeska cofał na awaryjnych, bo zobaczył, że nas nie ma. Na autostradzie, we mgle. Później jeszcze kłócił się z policjantem, że bardzo się spieszymy na samolot. Nawet nie dostał mandatu. (śmiech)
Jak wyglądały samochody innych reprezentacji? W latach 90. musiało być duże zróżnicowanie.
Zazdrościliśmy Niemcom czy Austriakom nowych Volkswagenów i Audi. To był rarytas. My mieliśmy problem, aby mieć auto zza granicy. Samochody były ubezpieczane na Europę zachodnią, a Polska znajdowała się w strefie zagrożonej kradzieżami, więc mało firm chciało dawać nam auta na obcych blachach. Skoki nie były wtedy popularnym sportem, przez co polskie firmy nie chciały nas wspierać. Dziś jest zupełnie inna sytuacja – Renault jako sponsor PZN daje nam około 40 samochodów. Wtedy nawet nie chciano dać dwóch.
Wróćmy na chwilę do rajdów. Pańskie początki były zaskakujące. Mało kto zaczyna jazdę w terenie od Porsche Cayenne…
Dla mnie to też była niespodzianka i muszę przyznać, że skusiło mnie to auto. Jeszcze podczas kariery skoczka proponowano mi starty w sportach motorowych, ale zawsze mówiłem, że przyjdzie na to czas. Dzień po ostatnim konkursie przyszli do mnie ludzie z konkretną ofertą. Nie miałem nawet dnia na rozmyślanie, co będę robił na emeryturze. Plan był taki, aby pojechać Porsche w Rajdzie Dakar. Niestety auto miało problemy techniczne, przez co w końcu wystartowaliśmy starym Mitsubishi Pajero. Mam jednak dobre wspomnienia z Cayenne, bo to właśnie w nim pobiłem rekord prędkości samochodem terenowym na poligonie w Żaganiu. (180 km/h – dopis. red.)
Był Dakar zakończony metą na 38., 15. i 13. miejscu. Był też ostatni zakończony niefortunnie. Jakie są wspomnienia z dotychczasowej kariery rajdowej?
Wspomnienia zawsze są pozytywne, nawet te, które nie zakończyły się dobrze. Buggy SMG, którym pojechałem w ostatnim moim Dakarze w 2015 roku, był najlepszym samochodem, jakim kiedykolwiek startowałem. To, że spalił się podczas drugiego dnia rajdu z powodu usterki, nie było moją winą. Problemem okazał się amortyzator gazowo-olejowy, który wystrzelił podczas jazdy. Przejechaliśmy najgorszy odcinek, zostało nam 100 km po niemal płaskim terenie. Na jednej z prostych usłyszeliśmy huk, tył podskoczył nam niewiarygodnie wysoko. To było uczucie jakbyś jechał na bombie, która właśnie została zdetonowana. Wszystko się spaliło, została sama rama. Ciekawostka: miał około 230 cm szerokości. Na wąskiej drodze dojazdowej w Peru, kolega z teamu utknął nim między krawężnikami. (śmiech) Tęsknię za motorsportem i bardzo chciałbym jeszcze raz wystartować takim buggy.
Mamy nadzieję, że to tylko przerwa w startach i najlepsze dopiero nadejdzie.
Będzie o to ciężko, ale ja też mam taką nadzieję. W garażu nadal trzymam Subaru GT do treningów i „Miśka”, w którym przejechałem pierwszy Dakar. Były przymiarki, żeby go sprzedać na części, ale nie zrobię tego. Chcę go odbudować i zostawić jako pamiątkę. Cały czas jestem gotowy do ścigania, ale wiem doskonale jak potwornie drogi jest ten sport. Żeby wystartować, musiałbym mieć naprawdę potężnego sponsora, bo nie wyobrażam sobie teraz jeździć samochodem, który nie miałby szans walczyć o czołowe lokaty. Przeżywałem to podczas pierwszego Dakaru, podczas drugiego też mieliśmy problemy. Jako sportowiec w tym momencie nie potrzebuję przygody. Potrzebuję adrenaliny i walki, a do tego niezbędny jest najlepszy sprzęt.
Rozumiem że początkujący kierowca może mieć z tym problem, ale Adam Małysz, żywy pomnik?
Na początku faktycznie było coś takiego, w skokach moim sponsorem był Lotos, z którym pojechaliśmy na pierwszy Dakar. Red Bull też się dołożył, żeby kupić Mitsubishi i przygotować je do startu. Po pierwsze musieliśmy dużo włożyć, żeby go wyremontować, po drugie trzeba było kupić kolejnego na części.
Czy jeżeli zmieni się opcja polityczna to wzrośnie szansa na Pański powrót do rajdów?
Nie wiem, nie wiązałbym tych kwestii. Myślę że przede wszystkim zmieniło się nastawienie dużych koncernów. Pod koniec współpracy z Orlenem usłyszałem, że zamierzają stawiać na młodzież. Otrzymałem ofertę współpracy, w której miałem stać się ambasadorem serii gokartowej. Stawiali wtedy na Jakuba Giermaziaka. Mocno lobbowali, żeby trafił do Formuły 1. Były plany, żeby to wypromować i szukać młodych talentów w gokartach. Jak widzimy dzisiaj, plany zostały zrealizowane, tylko z Robertem Kubicą zamiast Kuby.
To może jakaś inna dyscyplina motorsportowa?
Swego czasu miałem propozycję z…
Cały materiał zobaczysz i przeczytasz w papierowym wydaniu #7 Magazynu Motór
Tęsknię za motorsportem i bardzo chciałbym jeszcze raz wystartować takim buggy, jakim jechałem podczas mojego ostatniego rajdu Dakar.

Adam Małysz samochody uwielbia, a jeśli Ty uwielbiasz motoryzację, to koniecznie sprawdź inne produkty naszego wydawnictwa.
„Motór”, zarówno jako magazyn, jak i gra „Motór GT”, a także książki, kawa, galanteria czy plakaty, to świetne prezenty na dzień chłopaka oraz pomysły na prezenty dla mężczyzn. Produkty te kupowane są zwłaszcza na Święta, Dzień Ojca i Dzień Mężczyzny. Klienci wybierający u nas prezent na dzień ojca, prezent dla męża na święta, czy prezenty urodzinowe dla mężczyzn, nigdy nie zwrócili zakupów. To dowód, że u nas znajdziesz prezent na 50 urodziny dla mężczyzny, prezent na 60 urodziny dla mężczyzny, prezent dla fana BMW, a nawet oryginalny prezent dla męża. Jeśli zastanawiasz się, co kupić na prezent dla chłopaka, co kupić na dzień ojca albo szukasz gadżetów dla faceta czy prezentów dla kierowców tira, znajdziesz je właśnie tutaj.
POPRZEDNI
NASTĘPNY






