Marek Cieślak wywiad: „Trzeba umieć zdobyć zaufanie”

Marek Cieślak wywiad

Marek Cieślak wywiad | Z trenerem polskiej kadry żużlowej oraz Włókniarza Częstochowa rozmawiali Grzegorz Draus i Piotr Mularczyk.

tekst: Grzegorz Draus, Piotr Mularczyk / foto: materiały prasowe

Papuga o imieniu Kura, która gwiżdże hymn Polski i hodowla terierów rosyjskich, czyli „Borysowa zgraja”. Łatwiej dogadać się ze zwierzętami czy z żużlowcami?

Marek Cieślak wywiad: Nie mam problemu z dogadaniem się z żużlowcami. Gorzej z działaczami, ale z zawodnikami dobrze się rozumiemy. Natomiast papuga jest bardzo pyskata, więc trzeba ją co chwilę opieprzyć, ale dogadujemy się.

Z młodymi ludźmi dogaduje się pan skutecznie. Do tej pory jako trener siedem razy sięgał pan z reprezentacją Polski po złoty medal Drużynowego Pucharu Świata, czterokrotnie był pan drużynowym mistrzem Polski, a wszystkich medali DMP było 13. W czym tkwi fenomen trenera Marka Cieślaka?

Myślę, że w niczym. (śmiech) W żużlu sporo zależy od tego, jaką drużynę się prowadzi. Zarzucają mi, że prowadzę zawsze dobre drużyny, ale to są bzdury. To nie jest tak, że personalnie zawsze moja drużyna jest dobra, bo inne też są przecież dobre, a nawet lepsze. Zawsze te 4–5 drużyn w Polsce jest mocnych, a to, która wygra czy zdobędzie medal, zależy od wielu czynników. Długo już jestem trenerem i rzeczywiście pierwszy mój medal z drużyną zdobyłem w 1996 roku, a ostatni rok temu. To jest prawie 20 lat, podczas których cały czas kręcę się koło medali. Myślę, że nie da się bazować tylko na szczęściu, ale jeżeli przez 20 lat z różnymi drużynami zdobywałem medale, to oznacza, że wiem, na czym polega żużel. Trzeba umieć zdobyć zaufanie zawodników. A medale to już jak Bozia da, jednak bez przygotowania, bez ciężkiej pracy może to się udać raz czy dwa, ale nie tyle razy. Fenomenem żadnym nie jestem. Znam swój fach, mam swój charakter, ale na pewno nie jestem fenomenem.

Pierwsza propozycja objęcia kadry pojawiła się w 2002 roku, jednak wówczas wrocławski klub nie chciał wydać zgody. Ostatecznie trenerem kadry narodowej został pan w 2007 roku i od razu udało się zdobyć złoty medal DPŚ. Jak ocenia pan te 11 lat z kadrą?

To był świetny czas. Wygrywanie pucharów świata z seniorami i juniorami, bo przecież prowadziłem też kadrę juniorów, to wielka przygoda. Nie każdemu jest dane tyle lat prowadzić kadrę narodową – na dodatek z sukcesami. Zdobyłem z seniorami i juniorami w sumie 17 medali, w tym 12 złotych, więc dwanaście razy stałem z chłopakami na pudle i śpiewaliśmy Mazurka Dąbrowskiego – jest to duże przeżycie.

Mamy wicemistrza świata – Patryka Dudka, Indywidualnego Mistrza Świata Juniorów – Maksyma Drabika, szalonego Bartka Zmarzlika, można wymieniać długo. Są to młodzi ludzie, którzy tworzą czołówkę światowego żużla, a polska liga jest najsilniejsza na świecie. Czy to oznacza, że możemy być spokojni o przyszłość polskiego speedwaya?

Marek Cieślak wywiad: Można powiedzieć, że jestem niespokojny o stan światowego speedwaya w ogóle, bo wygląda to tak, jakby się wszystko kurczyło. Jeżeli Polska będzie cały czas najlepsza, to nic nam to nie da. Będzie fajnie wtedy, kiedy wiele narodów będzie się w to bawiło z dobrymi wynikami. Wtedy będzie to miało sens. Jeżeli natomiast to się ograniczy tylko do nas, to będzie problem. Na przykład Duńczycy mają dobrych zawodników, jest tam Niels K. Iversen, Kenneth Bjerre, Peter Kildemand, Nicki Pedersen czy mój zawodnik Leon Madsen. Są to klasowi zawodnicy, ale jednak przegrywają. Muszą popełniać jakieś błędy organizacyjne, bo personalnie powinni walczyć w finałach i zdobywać medale. Podobnie Australijczycy czy Szwedzi, którzy w 2015 roku zdobyli złoty medal DPŚ.

Dla żużlowca najcenniejszą zdobyczą jest złoty medal IMŚ. A co jest najważniejsze dla trenera żużlowego? DMP? DPŚ?

Wiadomo, że w pracy liczy się wynik, czyli medale. Na pewno w polskiej lidze cenny jest tytuł mistrza, wicemistrza czy brązowy medal, a w Drużynowym Pucharze Świata liczy się zwycięstwo. Ale dla mnie najbardziej liczy się to, żeby była fajna drużyna, ciekawe mecze i widowisko. Medale są dopiero na końcu. Najpierw trzeba umieć zbudować i zmotywować drużynę, podnosić się z kolan i wygrywać mecze. W polskiej lidze jest tak, że można być w gazie cały rok, a przychodzą play-offy i jedna czy druga kontuzja zabiera człowiekowi medal. A jechać trzeba dobrze przez cały sezon.

Ile w zwycięstwie jest zasługi samego zawodnika – jego talentu, ciężkiej pracy – a ile sprzętu i trenera?

Jeżeli ktoś mówi, że 10% to zawodnik, a 90% to sprzęt, to nie zgodzę się z tym. Dobry zawodnik musi jeździć na dobrym motocyklu, a trener z gamonia też żużlowca nie zrobi. Zawodnik musi mieć talent, smykałkę do tego, fundusze na sprzęt. Ja porównuję to do jeździectwa. Może być najlepszy jeździec, ale bez dobrego konia nic nie zrobi, i odwrotnie. Wszystko jest ze sobą powiązane. Speedway to taki sport, w którym dużo zależy od zawodnika, ale i od sprzętu.

Skoro mówimy o zwycięstwach i ciężkiej pracy, to należy wspomnieć o żużlowej legendzie – Tomaszu Gollobie. Wasza współpraca układała się różnie, od: „Szmaciarzu, inaczej wygrać nie umiesz?”, do zdobycia wspólnie czterech złotych medali DPŚ i jednego srebra. Jak wspomina pan tę współpracę?

Wspominam bardzo dobrze. Tomek był filarem kadry, zawodnikiem z dużą żużlową osobowością. I cóż… Mogę teraz tylko ubolewać nad tym, że spotkało go takie wielkie nieszczęście.

Tomasz Gollob uległ poważnej kontuzji, która wyeliminowała go z uprawiania żużla. Często jest tak, że tragedia ma miejsce wtedy, gdy zawodnicy sami proszą o prawo startu w biegu czy zawodach. Podobnie było z Tomaszem Gollobem, który przed meczem w Grudziądzu wziął udział w treningu przed zawodami motocrossowymi w Chełmnie. Może pan odnieść się do tragedii pana Tomasza?

Marek Cieślak wywiad: Na pewno nie potępiam Tomasza Golloba za to, że jeździł na motocrossie. Teraz często słyszę te opinie, że: „Po co mu to było”, „Sam prosił się o taką tragedię” itd. Myślę, że to nieprawda. Można się teraz tylko zastanawiać, po co jeździł w dniu zawodów? Ale może było mu to potrzebne, bo wiem, że robił to wiele razy. Być może w ten sposób chciał lepiej przygotować się do meczu żużlowego. Porównuję to też trochę do siebie, ponieważ jeżdżę tysiące kilometrów rocznie rowerem po szosach, jeżdżę także na nartach i ludzie często mi mówią: „Wiesz, jak ciężko zrastają się kości w twoim wieku?”. To co, mam sobie zabrać tę przyjemność i siedzieć bezczynnie? Tomasz kochał motocross, on się na tym wyżywał, a ja kocham kolarstwo, narty. Myślę, że to jest przeznaczenie. Widocznie tak miało być i każdy ma coś zapisane w gwiazdach.

Kolejny żużlowy weteran – Greg Hancock. Przez kilka sezonów współpracował z panem. W 2015 roku Amerykanin zaproponował nawet, aby został pan jego osobistym coachem na Grand Prix. Jak ocenia pan decyzję Grega Hancocka o odejściu z PGE Ekstraligi i wybraniu 2-ligowej Stali Rzeszów? Zbliża się pomału żużlowy koniec 47-letniego Amerykanina?

Musi się zbliżać. Przy całej sympatii dla Grega, on nie młodnieje. Ma tyle lat, ile ma, i z każdym dniem jest coraz starszy. Jako pierwszy wiedziałem o decyzji Hancocka, ponieważ wtedy jeszcze chciałem go ściągnąć do Falubazu. Potem Amerykanin przysłał mi długiego SMS-a, w którym wyjaśniał, że jednak nie będzie jeździł w Ekstralidze i ma inny pomysł na siebie. Na pewno jest to zaskakująca decyzja, tym bardziej, że jednak chce dalej jeździć w Grand Prix i walczyć o mistrzostwo świata. Nie jestem przekonany, czy jazda na zapleczu idzie z tym w parze. Tak naprawdę nie rozumiem tej decyzji.

Greg tłumaczył, że odchodzi z Ekstraligi po części przez regulamin.

Też mi o tym mówił, że gdzie nie spojrzał, tam z każdej strony jakaś kara. Swoją drogą, jeżeli podpisywał głupie umowy, to musiał się z tym liczyć. Hancock powinien sobie też pomyśleć: „Ile ja tak naprawdę zarobiłem przez te 20 lat, jeżdżąc w Polsce?”. Regulaminów, czy nam się podobają, czy nie, trzeba przestrzegać. Myślę jednak, że to tylko częściowa wymówka Grega, z tym regulaminem, tam chyba chodzi o jakieś inne sprawy związane z Rzeszowem.

Co pańskim zdaniem należałoby koniecznie, raz na zawsze poprawić w obecnym regulaminie PGE Ekstraligi?

Ja już nie czytam tego regulaminu, co chwilę wchodzą nowe poprawki, człowiek się gubi. Dobrze by było, żeby na jakiś czas to wszystko stanęło w miejscu. Z drugiej zaś strony życie idzie do przodu, sponsorzy czy telewizja mają swoje wymagania i Ekstraliga musi się zabezpieczyć. Jeżeli kluby czy zawodnicy chcą zarabiać więcej pieniędzy, to i więcej tworzy się obostrzeń. Jak to w życiu, jak chcesz więcej zarabiać, to musisz się podporządkować temu, kto ci płaci.

Jak postrzega pan instytucję komisarzy torów w Polsce? Czy psują trochę widowisko?

Marek Cieślak wywiad: Instytucję komisarzy torów załatwiły trzy kluby: Leszno, Gorzów i trochę Wrocław. Oni najwięcej kombinowali z tymi torami, były przecież sytuacje, że przerywano mecze i robiono tor od nowa. Zamiast żużla, to traktory jeździły w lewo i prawo. W Gorzowie było podobnie. Komisarze torów w wielu przypadkach działają pozytywnie, a w niektórych nie. To nie jest też prawda, że komisarze życzą sobie tylko twardego toru. To kluby niekiedy zaczynają tak kombinować, że potem komisarz dla spokoju każe to wszystko ubić. Nie podoba mi się tylko jedna rzecz, mianowicie to, że pociąga się do odpowiedzialności za tor wiele osób. Jest komisarz, sędzia, kierownik zawodów, trener i wszyscy są karani. W takim razie kto ponosi tę odpowiedzialność? Skoro wszyscy są karani, to tak naprawdę odpowiedzialności nie ponosi nikt. Ale ogólny pomysł instytucji komisarzy torów nie jest taki tragiczny.

Po 20 latach wrócił pan na stare śmieci, do rodzimego Włókniarza Częstochowa. Jaki cel stawia pan sobie i drużynie w sezonie 2018?

Najpierw musimy się ustawić, czyli drużyna musi się zgrać ze sobą nawzajem i ze mną. W tym momencie mamy fajne nazwiska. Są czterej zawodnicy, którzy pierwszy raz będą we Włókniarzu, wielu jest po kontuzjach, bo i Lindgren, i Miedziński się leczyli. Trzeba stworzyć z nich zgraną ekipę, która będzie ciągnęła wózek w jedną stronę. Myślę, że stać nas na fajne niespodzianki.

Inauguracja sezonu 2018 w Grudziądzu, potem mecz z Tarnowem u siebie. Jakie to będą mecze?

Łatwo w Grudziądzu nie będzie, bo mają tam troszkę zaczarowany tor, ale ze wszystkimi trzeba jechać. Jeżeli będzie lżej na początku, to będzie trudniej później. To Grudziądz ma problem, bo oni muszą z nami wygrać, a my możemy. (śmiech)

Coraz częściej pojawiają się informacje o tym, że rozgrywany do tej pory Drużynowy Puchar Świata ma być zastąpiony Mistrzostwami Świata Par (Speedway of Nations). Jakie jest pańskie zdanie na ten temat?

Moje zdanie jest takie, że Drużynowy Puchar Świata to nie są Mistrzostwa Świata Par. Jeżeli zabieramy sobie DPŚ, degradujemy siebie w dyscyplinie drużynowej. Mistrzostwa Świata Par powinny być, ale nie zamiast DPŚ. Można zrobić przecież na zmianę jedną i drugą imprezę co dwa lata. Myślę, że to nie będzie już mój problem, bo w przyszłym roku kończę karierę z reprezentacją, a DPŚ w przyszłym roku na pewno się odbędzie, bo jest już podpisana umowa z Gorzowem.

Czy decyzja o zakończeniu kariery reprezentacyjnej jest już ostateczna?

Tak, definitywnie. Oczywiście dalej czuję się na siłach, ale będę miał rok do siedemdziesiątki, więc niech już inni się za to zabiorą. (śmiech)

Marek Cieślak wywiad
Marek Cieślak wywiad

Więcej przeczytasz i zobaczysz w
#1 Magazynie Motór