Hyundai Tucson przód

Hyundai Tucson test: czy N-Line jest warte swojej ceny?

Hyundai Tucson test

Choć jest jednym z chętniej wybieranych SUVów na naszym rynku, dopiero po raz pierwszy miałem okazję z bliska poznać się z Hyundaiem Tucson. No i wpadłem.

Tekst & foto: Łukasz Kamiński
Już dawno przyzwyczailiśmy się, że koreańska motoryzacja zrobiła o 2 kroki więcej przez ostatnie dziesięciolecie niż europejscy rywale. Albo inaczej – w końcu mogą konkurować z nimi jak równy z równym. Hyundai Tucson po ostatnim liftingu doczekał się też odmiany N-line, stylistycznie wzbogaconej o niuanse silnie wpływające na odbiór całości. Oprócz różnych błyskotek, testowane auto dodatkowo zostało pokryte specjalnym szarym lakierem z palety dedykowanej wyłącznie serii N-line. Ale spokojnie – ta odmiana to nie tylko wizualne smaczki. Utwardzono też zawieszenie oraz układ kierowniczy, dzięki czemu Tucson stał się niemalże autem kompletnym. Nie wiem na ile dobry byłby w seryjnej odmianie (nie jeździłem takim jeszcze), ale obawiam się, że po pokonaniu blisko 2000 km autem ze zdjęć, dopisek N uznam za konieczny w każdym modelu koreańskiej marki.
Hyundai Tucson sylwetka

Hyundai Tucson test | Stylistyka

Stylistyka azjatyckich aut zawsze bywa dyskusyjna. Hyundai Tucson może się podobać, chyba głównie ze względu na to, że nie jest przesadzony w żadną ze stron – brak tu futuryzmu, jak chociażby w mniejszej Konie, ale i nie wieje nadmiarem nudy. Schludno i czysto, a w tym lakierze odwraca wzrok nawet właścicieli aut sportowych marek grupy Volkswagena. Przód jest jednak mocno zadziorny i odmiana N pokazuje tutaj swój kunszt, do kompletu z ciemnymi, 19-calowymi obręczami, które w dobie marudzenia na każdy rozmiar poniżej 20-cali, o dziwo nie gubią się przy tak potężnym nadwoziu.
Tak – Hyundai Tucson jest naprawdę sporym autem. 4,5-metrowe nadwozie stawia go na ringu między Volkswagenem Tiguanem, Toyotą RAV4, Fordem Kugą czy Seatem Ateca. Nie wymieniam tu celowo Kii Sportage, ponieważ auta dzielą tę samą płytę podłogową i są trochę takim cichym rywalem poklepującym się wzajemnie po plecach. W gronie w większości niemieckich SUVów, Tucson radzi sobie sprawnie. Miałbym spory dylemat stając przed koniecznością wyboru auta tego nudnego segmentu. Co prawda dziś już każdy liczący się producent ma w ofercie przynajmniej dwa crossovery/SUVy, ale Tucson to nieustannie coś świeżego. W Europie chyba zresztą zawsze będziemy mieli już poczucie, że Azjatyckie auta są inne. Raz lepsze, raz gorsze, ale ciężko bezpośrednio zestawiać je np. z Volkswagenem, jak swobodnie można to zrobić w przypadku Forda czy nawet nieniemieckiego Renault.
Tucson n-line

Hyundai Tucson test | Silnik

Kompletność Tucsona tworzą jednak mechanizmy. 185-konny diesel o pojemności dwóch litrów to bez wątpienia najlepszy wariant do tego auta. W odmianie N-line dostępna jest jeszcze 177-konna benzyna 1.6, ale uważam, że moment obrotowy o wartości 400 Nm to coś, czego w aucie tego typu nie może zabraknąć. Do kompletu z szybkim, 8-stopniowym automatem o dwóch sprzęgłach (dostępny tylko w najmocniejszym dieslu) oraz napędem obu osi HTRAC, otrzymujemy auto, które spełnia niemal każde wymaganie. Testowany egzemplarz nafaszerowany był mnóstwem dodatków, systemów bezpieczeństwa, aktywnymi rozwiązaniami technologicznymi, opcjami wyposażenia jak panoramiczne okno dachowe, elektryczna klapa bagażnika, system audio premium Krell, ten zwracający na siebie uwagę lakier i… i tyle, bo więcej do N-line nie zamówisz. To elementy warte 12 000 zł, ale i bez nich (no może poza elektryczną klapą bagażnika) Hyundai jest nadzwyczaj kompletny.
Hyundai wnętrze n-line

Hyundai Tucson test | Cena

W standardzie uwzględniono nawet podgrzewaną kierownicę i siedziska. Wyżej stoi już tylko odmiana Premium, droższa o ponad 20 000 zł, ale uważam to za zbędny wydatek zwłaszcza, że wciąż nie mamy stylistycznych wariacji z serii N-line. Ta rozpoczyna się od 126 900 zł (przy 107 400 zł za najtańszego Tucsona z tym silnikiem, czyli 177-konną benzyną, manualem i napędem 2WD), choć taniej kupicie jeszcze wersję Classic ze 132-konnym silnikiem benzynowym 1.6. Serię N-line można doposażyć w automat (6000 zł za 7-stopniową skrzynię) oraz napęd 4WD (kolejne 7000 zł) lub postawić na wycenioną 149 900 zł kompletną wersję z dieslem oraz wszystkim tym, co potrzeba. 
Uważam, że to dobrze postawiona poprzeczka cenowa, uwzględniając funkcjonalność i jakość wykonania Tucsona. Silnik jest nadzwyczaj dynamiczny i względnie ekonomiczny, choć rekordów zielonego listka z pewnością nim nie pokonamy (w trasie ciężko zejść poniżej 8 litrów). Prowadzi się zaskakująco dobrze, choć jak wspomniałem na początku, może być to zasługa pakietu N-line. Auto dobrze przenosi informacje z kół na kierownicę, zawieszenie nie wychyla się zbytnio na boki, jednocześnie dobrze wybiera nierówności, choć przy tych poprzecznych mogłoby być nieco bardziej miękkie. Złotym środkiem może okazać się więc standardowa odmiana, ale wówczas zatęsknimy za innymi atrybutami wersji N-line. Ciekawy design, atrakcyjne osiągi i prowadzenie, zaskakująco (szczególnie jak na auto spoza Europy) przystępna cena, a poza tym przynależność do grona posiadaczy auta nieeuropejskiego to elementy, które bez wątpienia są głównymi zaletami Hyundaia. Niestety, ostatnia z nich może okazać się również wadą, ponieważ znaczna część z nas wciąż nie może i nie przekona się do koreańskiego auta. Uważam, że niesłusznie.

Zaobserwuj nas na Twitterze!